czwartek, 8 maja 2014

Rozdział XII

Michelle niechętnie ubrała się w suche rzeczy i posnuła do salonu. Wybrała jedną z wielu otwartych puszek piwa ze szklanego stołu, popękanego w wielu miejscach. Usiadła po turecku na kanapie, przeglądając książkę, starą, zniszczoną i oblaną kiedyś jakimś alkoholem. Zatracona w ciszy, niespokojnie szczęśliwa, jakby cała radość miała za chwilę uciec z jej rąk, wędrowała oczami od słowa do słowa, by przesłoniły otaczający ją świat. Do rzeczywistości ściągnęła ją dłoń, która bezmyślnie wyrwała jej książkę i rzuciła na ziemię. Niepokojąco roześmiana twarz Sophie wdarła się w piękny kadr.
- Więc zostałyśmy same. - powiedziała radośnie. - Unikałaś tego, tak bardzo unikałaś, a i tak się nie udało!
- Jesteś pijana i naćpana, nie mam zamiaru z tobą rozmawiać.
Wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- Wszyscy jesteśmy wiecznie pijani lub naćpani, lub wszystko na raz, więc w czym tkwi problem? - dziewczyna zgarnęła wszystkie butelki oraz puszki na jedną stronę stolika, po czym usiadła na nim, odpalając papierosa. Machała nim w powietrzu, rozbawiona, obserwując piękne wzory z dymu.
- Sophie, proszę cię, wytrzeźwiej, wtedy porozmawiamy... - powiedziała cicho Michelle.
- Nie chcę trzeźwieć, nie rozumiesz? Nie chcę! Tak jest mi dobrze. Nie chcę trzeźwieć.
- Chcesz umrzeć? - zapytała poważnie.
Nagle szatynka zastygła bez ruchu, z papierosem między wargami. Nabierała tytoniowy oddech zbyt długo, w efekcie czego rozkaszlała się, przerywając ciszę. Zbladła.
-Jasne...- Michelle podniosła się z kanapy i ruszyła do swojego pokoju. Otworzyła okno i usiadła na parapecie.
Jednak po chwili zeskoczyła. Sięgnęła z biurka kartkę oraz długopis. Z nocnej półki zabrała paczkę papierosów i zapalniczkę. Znów zajęła poprzednie miejsce. Niezgrabnie przeczesała włosy i włożyła jednego papierosa do ust. Zapaliła go i mocno się zaciągnęła. W pokoju pojawiła się Sophie.
-Tak, kurwa, chcę umrzeć.- powiedziała pewnie, jak nigdy.
-Okej, miłej zabawy.- odpowiedziała blondynka, wypuszczając dym z ust i zapisując pierwsze słowa na kartce.
-Tylko tyle? Już nie jestem dla ciebie ważna?
-Mam wystarczająco dużo problemów. Jeśli nie chcesz iść na kompromis, twoja sprawa. Ja się w to nie mieszam.
-Jaki, kurwa, kompromis?
-Dziwne, że nawet fakt tego, że twój kolega od ćpania nie jest już twoim kolegą od ćpania, nie namawia cię do zmiany.
-Skąd wiesz, że nie chcę się zmienić?
-Weszłaś tu ze słowami na ustach „tak, chcę umrzeć”...
-Chcę się zmienić na gorsze.
Michelle podniosła znacząco wzrok na dziewczynę. Zmierzyła całe jej ciało, przez co Sophie poczuła się lekko skrępowana.
-Ty? Cudowny aniołek Roberta, chce się zmienić na jeszcze większą szmatę. Kochanie, ale jesteś pewna, że się da? Już osiągnęłaś maksymalne dno.
-Robert to przeszłość.
-Well Billy rapped all night about his suicide. How he'd kick it in the head when he was twenty-five. Speed jive don't want to stay alive. When you're twenty-five.- Michelle zacytowała cicho pod nosem, lekko się uśmiechając.
-Jesteś popierdolona.
-Jestem, ale jakoś mi z tym dobrze.
-Wiesz co, pierdol się. Nie chcę cię znać.
-Pamiętaj, u kogo mieszkasz.
Sophie złowrogo spojrzała na dziewczynę. Bez słowa wyszła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Wróciła do salonu. Ciężko opadła na kanapę i sięgnęła pierwszą z brzegu butelkę wódki. Upiła spory łyk i sięgnęła po paczkę papierosów, leżącą na stoliku. Miała szczęście, bo był już ostatni. Szybko wyciągnęła go z pudełka i nerwowo zapaliła. Gdy pojawiły się pierwsze ślady dymu uspokoiła się i zaczęła się im uważnie przyglądać.
Potężna, po tych niewielu dniach czystości, dawka kokainy przestawała powoli dawać jej siły do życia. Świat znów stawał się szary, nieprzyjazny, zły. Ona po prostu próbowała odnaleźć w nim odrobinę barw, pokolorować niszczącymi jej umysł oraz ciało substancjami, zgubić siebie, wspomnienia, smutki, troski. Spustoszyć wszystko, spalić mosty, zrazić każdą bliską osobę. Chciała czuć się wolna, nieobciążona już nikim i niczym. Czy to było złe? Sophie nie wychodziła z domu od wielu dni, więc wreszcie postanowiła pewnie, że zrobi choć kilka kroków poza kamienicę, odnajdzie dawnych - tak zwanych - przyjaciół, kupi od nich trochę wolności. I choć pierwszy raz czuła wyrzuty sumienia, nie potrafiła oprzeć się pokusie. Z papierosem między popękanymi wargami, poszła do sypialni. Wreszcie mogła spokojnie ubrać się, nieobserwowana przez Vince'a, tak wyczulonego na każdą ranę, każde ukłucie na jej drobnym ciele. Już gotowa, w kieszeni jednej z kurtek chłopaka, odnalazła parę banknotów. Zwinęła je, schowała i ruszyła do drzwi. Gdy odkluczała zamek, poczuła szarpnięcie za ramię. Odwróciła się ze złością. Nikt nie miał prawa jej zatrzymywać.
- A ty dokąd się wybierasz? - zapytała Michelle, mierząc ją wzrokiem.
- Donikąd. Po fajki. Skończyły się.
- W takim razie pójdę z tobą. - blondynka sięgnęła po kurtkę.
- Nie chcę nigdzie z tobą, kurwa, iść.
- Nie puszczę cię samej. - dziwne przejęcie w jej głosie uderzyło w Soph. Jednak to nie wystarczyło, by zrezygnowała ze swoich planów.
- Za chwilę wracam. Mam ochotę na samotny spacer.
- Rzucisz się pod samochód, zaćpasz, wdasz w bójkę?
- Możliwe, że wszystko na raz. - uśmiechnęła się złośliwie i otworzyła drzwi.
Mich szarpnęła nią raz jeszcze.
- Wypierdolę cię stąd w końcu. Gdzie wtedy pójdziesz?
- Nie wiem, gdziekolwiek.
- Zostajesz, kurwa, w domu. - blondynka zatrzasnęła drzwi przed przyjaciółką. Zasłoniła je własnym wychudzonym ciałem, wciąż silniejszym, niż to należące do Sophie.
- Od kiedy masz nade mną pierdoloną kontrolę?! Od kiedy?! Od kiedy którekolwiek z was ma nade mną władzę?! Dlaczego wy możecie robić wszystko, na co macie, kurwa, ochotę, a ja nie mogę nawet wyjść po jebane papierosy?! Wy, kurwa, możecie niszczyć się ile chcecie, a ja nie mogę nic?! - wybuchła nagle dziewczyna. W wściekłości kopnęła stojący pod ścianą pokrowiec z basem Nikki'ego. Instrument upadł na podłogę, złowrogie drżenie strun rozeszło się wokół.
Po chwili Soph pożałowała i z płaczem uklękła nad nim, wyjęła ostrożnie. Jej chude palce błądziły po gryfie, korpusie, główce, sprawdzały, czy żaden element nie ucierpiał. Przycisnęła jedną ze strun do podstrunnicy. Szarpnęła ją. Opuszki zabolały, stęsknione za metalowym dotykiem. Michelle klęknęła przy przyjaciółce, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Tak dawno nie grałaś. - powiedziała cicho.
Sophie, wyrwana z natłoku myśli oraz wspomnień, odstawiła szybko instrument, wstała i wyszła z hukiem drzwi.
Michelle zdesperowana usiadła na podłodze obok wejścia. Zakryła swoją twarz dłońmi i próbowała unormować swój szybki, ale płytki oddech. W jednej chwili straciła wszelkie nadzieje na zmiany. Zamarła bez ruchu przy drzwiach. Siedziała, opierając się o futerał z basem. Miała wielką ochotę by zapalić, choć wiedziała, że raczej nie znajdzie papierosów. W końcu wstała z podłogi i ruszyła do salonu. Wzięła pierwszą z brzegu butelkę alkoholu i usiadła na parapecie. Wiedziała, że musi z tym skończyć. Żadna dawka wódki czy wina nie uspokajała jej emocji. Wpatrywała się spokojnie w ulice, błądząc wzrokiem po ludziach. Czuła się bezsilna i zmęczona. Oparła głowę o ścianę i pozwoliła błądzić myślom po różnych zakamarkach.
...
-Gdzie ty mnie wieziesz? Do studia chyba w drugą stronę.- Nikki coraz bardziej irytowała się zachowaniem przyjaciela.
-Masz racje.- Tommy gwałtowanie zahamował.
-Co ty odpierdalasz, stary?
-Najwyższa pora porozmawiać.
-O czym?
-Nie wiem...
Nikki spojrzał na mężczyznę. Po chwil odwrócił wzrok i spojrzał przez okno. Znajdowali się na jakimś pustkowiu.
-Nie rozumiem cię... Przecież wszystko jest okej.
-Gdzie jest okej? W kurwa, w Nevadzie? Arizonie? Bo u nas nie jest, kurwa, okej. Nie jest. Wszyscy cały czas się kłócą. Ledwo wiążemy koniec z końcem, znowu. Zespół się sypie. Wiesz, że do trasy zostały dwa miesiące?
-Koleś, nie znasz mnie? O ile się zakładasz, że wszystko ogarnę?
-Nie zakładam się...
-Mick cię wysyłał?
-Tak...
-Jebany skurwiel. Muszę z nim pogadać. A teraz dawaj do jakiegoś baru. Ja się schleje, a ty poruchasz.
Tommy niemrawo uśmiechnął się. Odpalił samochód i ruszył w stronę miasta. W radio właśnie zaczęło grać Hey Jude. Nikki słyszą pierwsze dźwięki piosenki uśmiechnął się pod nosem i zaczął cicho nucić. Już po chwili, razem z Tommy'm krzyczeli z całych sił tekst piosenki. Poczuli się jak dzieci. Magia ich przyjaźni znów powróciła.
-Znów jesteś moim terror twin?- zapytał roześmiany T-bone.
-A kiedykolwiek przestałem nim być? Weź kurwa przyśpiesz. Chcę znowu z tobą pić, tak jak parę miesięcy temu.
-Ale jak coś odpierdolisz- nie moja wina.
W końcu dojechali do Rainbow. Weszli do środka, zajęli swoje stare miejsce i zaczęli przyglądać się panienkom.
-Jeśli Michelle się dowie, jak na nie patrzysz, to cię zajebie.- roześmiał się Tommy, zapalając papierosa.
-Wiesz gdzie ja to mam? Jebie mnie to tak mocno, jak ja... Tą laskę.- Nikki wskazał na przypadkową dziewczynę.
-I to, kurwa, rozumiem! Takiego cię lubię!
...
Tak szczęśliwa, jak nie była od wielu dni, wyszła z klubu, by nacieszyć się nikotyną pod rozgwieżdżonym, wieczornym niebem. Za sobą, w brudnej, pełnej zakochanych lub ledwo znających się par, zostawiła dwie puste strzykawki. Nagłe uderzenie wielu neonowych świateł raziło jej wrażliwe oczy, przyzwyczajone do półmroku. Cały świat wyglądał już inaczej. Każdy drink, każdy papieros miał inny smak. Lepszy, wyraźniejszy. Jej organizm znów zaczynał funkcjonować. O ile funkcjonowanie może być w takim przypadku dobrym określeniem. Cieszyła się nocą, rozmowami przechodniów, warczącymi silnikami samochodów, głośną muzyką, szumiącym w głowie alkoholem i heroiną płynącą w żyłach. Odzyskała wreszcie wolność, którą próbowano usilnie jej odebrać, pozostawiając ją głodną, zmęczoną, umierającą. Jednak dziewczynie udało się pokonać niesprawiedliwość. Wiedziała, że dobrze zrobiła. Przecież taką ją uwielbiał Nikki, na taką ją każdy zwracał uwagę. Dzięki narkotykom wreszcie nie była sama, słaba, nie była schowana za Michelle. Mogła wreszcie przejąć kontrolę nad tym, co robi. Tylko jak pozorna była ta kontrola... W kieszeni kurtki pozostało jeszcze kilka dolarów, zachowanych na resztę nocy, którą planowała spędzić w objęciach kolejnych barów. Paczka Marlboro była prawie pełna, więc nie żałowała sobie kolejnego papierosa. Siedząc na betonie, przyglądała się z dołu ludziom, popiół spadał na jej chude, podkurczone nogi. I choć nikt nie zwracał uwagi na nią, zapamiętywała wszystkie szczegóły, jakby przeczucie nakazywało jej cieszyć się światem rzeczywistym, zanim zatrą się granice. Przed klubem zatrzymał się drogi, sportowy kabriolet. Najpierw wysiadł chłopak, by otworzyć drzwi przed dziewczyną wyraźnie starszą od niego, właścicielką samochodu. Nie pierwszy raz Vince uganiał się za przyjemnością połączoną z dochodem. Nikt od tego nie stronił ani nie uważał za godne pożałowania, jeśli kobieta była dostatecznie atrakcyjna i bogata. Objął towarzyszkę z pasie, by razem wejść do klubu, przed którym już zaczęły gromadzić się spragnione uciech dzieciaki. Promieniał pewnością siebie, wyższością nad resztą, tą pociągającą aurą, która zapewniała mu spojrzenia wszystkich dziewcząt. Jednak jego oczy przygasły, gdy zetknęły się delikatnym, znajomym uśmiechem. Sophie podeszła do niego, ignorując jego nową zdobycz. Po samej jej postawie dobrze wiedział, co się stało.
- Miałaś, kurwa, siedzieć z domu i nigdzie się nie ruszać. - syknął wściekle. Za złością próbował ukryć kolejną osobistą porażkę oraz przeszywający smutek. Nie miał sił, by zaczynać od nowa nierówną walkę z narkotykami.
- Wiem, że miałam. Ale teraz jesteś już ze mną, więc chyba nic szczególnego się nie stało, prawda?- szatynka uśmiechnęła się uroczo, wprawiając kochankę Neila, jak i jego samego, w coraz większe zakłopotanie.
- Sophie, nie rozumiesz...
- Przecież obiecałeś, że zawsze będziesz się mną opiekować, więc dlaczego teraz nie możesz?
Vince ponownie szepnął coś do swojej towarzyszki. Kobieta bez słowa weszła do środka. Blondyn podszedł bliżej Sophie i wyciągnął w jej stronę rękę.
-Idziemy stąd.
-Dokąd mnie zabierasz?
-Do domu.
-W takim razie, nigdzie nie idę.
-Nie utrudniaj sytuacji, kurwa.- na twarzy Vince'a było widać coraz większe zdenerwowanie.
Dziewczyna jedynie pobłażliwie uśmiechnęła się i sięgnęła kolejnego papierosa. Mężczyzna chwycił Soph za rękę i pociągnął za sobą, prowadząc ją w stronę mieszkania.
Na zegarze dochodziła trzecia w nocy. Michelle spokojnie siedziała na parapecie w salonie, paląc papierosa i rozmyślając nad różnymi rzeczami. Nagle drzwi mieszkania gwałtownie się otworzyły. Pierwsze dźwięki, które do niej dotarły to krzyki, które zaburzały ogólnie panujący spokój. Po chwili w pomieszczeniu znaleźli się Sophie i Vince. Krzycząc na siebie nawzajem, usiłowali znaleźć coraz lepsze i coraz mniej zgadzające się z prawdą argumenty. Blondynka zeskoczyła z parapetu. Podeszła do dwójki i spoglądając na nich starała się cokolwiek zrozumieć.
-Możecie mi powiedzieć, o co się kłócicie?- zapytała lekko zagubiona i jakoś dziwnie wesoła.
-Nie, kurwa, nie możemy.- warknął Vince.
Sophie nadal krzyczała, a on już jedynie spokojnie stał i starał się opanować swoje emocje. Ale ona nie przestawała. Szukała coraz więcej powodów do tego, by móc krzyczeć. W końcu nie wytrzymał.
-Dobra, pierdol się. Mam cię w dupie, jasne? Nie chcę cię widzieć na oczy!
Michelle spojrzała na zdziwiona na Vince'a, ale on jedynie odwrócił się i wyszedł z domu z hukiem drzwi.
Nastała długa cisza. Mich zdążyła przejść do sypialni, a Sophie z zupełną obojętnością weszła do swojego pokoju, kładąc się na łóżko.
Całe mieszkanie zamarło. Zupełna cisza i spokój. Wydawałoby się, że nikt tu nie mieszka. Blondynka cicho zamknęła drzwi i przez chwilę pozostawała bez ruchu. Oparła się o ścianę i spojrzała na okno, które nie zasłonięte przez firany przebijało światło ulicznych latarni, które za razem były jedynym światłem w pomieszczeniu. Po chwili ocknęła się ze swoich myśli i zapaliła lekkie światło. Podeszła do lustra i rozebrała z siebie za dużą koszulkę i szory. Obojętnie rzuciła rzeczy na podłogę. Przez przypadek spojrzała w lustro. Choć unikała tego za wszelką cenę, tym razem wydawało się być to silniejsze.
Podeszła bliżej do swojego odbicia i zaczęła przyglądać się każdej części swojego ciała. Jej ręce, nogi, brzuch, dekolt. Wydawało jej się, że nie patrzy na siebie. Miała wrażenie, że widzi zupełnie obcą osobę. Jedyne co je łączyło, to była blizna wzdłuż lewej ręki.
Spojrzała na swoją twarz. Kości policzkowe z każdym dnie uwydatniały się coraz bardziej. Oczy były puste i matowe. Nie było w nich zupełnie niczego, a one zawsze były odzwierciedleniem jej duszy. Włosy cały czas tak samo zniszczone. Może było ich jedynie mniej.
Zmartwił ją ten widok. Dobrze wiedziała, jak wyglądała przed paroma miesiącami. Nawet duża ilość prochów jej nie szkodziła tak, jak obecna sytuacja.
Odwróciła wzrok, nie potrafiła już na siebie spojrzeć. W jej oczach pojawiły się łzy, jednak szybko je powstrzymała. Położyła się na łóżku, okrywając się starym kocem i ciesząc się błogą ciszą.
Cisza trwała do czasu, aż Nikki i Tommy z hukiem nie wrócili do mieszkania. Obydwoje ledwo trzymali się na nogach. Bełkotali jakieś dziwne utwory, którym dodawali własne słowa. Z biedą doszli do salonu. Ciężko opadając na kanapę, zabrali ze stoliku kolejne butelki alkoholu.
-Ja to bym, kurwa...- Zaczął Nikki, bełkocząc pod nosem i upijając kolejny alkohol.- Rozjebał ten świat na drobne kawałki, ale powiem ci, kurwa, Tommy... nie chcę mi się!
Pijacki śmiech rozszedł się po całym mieszkaniu. Michelle natychmiast gwałtownie poderwała się z łóżka. Sięgnęła z krzesła jakąś koszulkę Nikki'ego, niezgrabnie ją na siebie zarzuciła i wyszła z pokoju, kierując swoje kroki do salonu.
Gdy tylko weszła ujrzała dwóch rozbawionych mężczyzn. Podeszła nieco bliżej od tyłu kanapy i przeczesała swoimi chudymi palcami włosy Sixxa. On od razu odwrócił się do niej i uśmiechnął, przykładając do ust butelkę. Michelle w jednej chwili wyrwała mu ją i odstawiła na ziemię.
-Ej, kurwa! O co chodzi?- zapytał oburzony.
-Wypiłeś wystarczająco. Chodź do sypialni, a to Tommy, prześpij się na kanapie.
Nikki długo nie protestował. Chwiejąc się ruszył do sypialni, pozostawiając swojego towarzysza na resztę nocy samego.
Sophie, schowana za uchylonymi drzwiami sypialni, przyglądała się scenie z tęsknotą za przyjaciółmi. Każdy powolutku ją opuszczał, zmuszony do tego przez nią samą. Nie chciała znów spędzać nocy w pustym, zimnym łóżku lub na podłodze pod nim. Boso, cicho przebiegła do salonu i skuliła na kanapie obok półprzytomnego już Tommy'ego, który bełkocząc coś objął ją odruchowo ramieniem.
Gdy obudziła się, chłopak wciąż spał, słońce wciąż nie przebudziło się, jednak gwiazdy zdążyły już uciec z nieba. W ciemności widziała sylwetkę, skuloną w fotelu. Niepewna, czy to zjawa, czy rzeczywistość, wstała i wyciągnęła chudziutką dłoń, by dotknąć twarzy postaci. Ta poruszyła się niespokojnie, wyrwana z czujnego snu, wódka w butelce, którą trzymała kurczowo, pieczołowicie, jak wielki skarb lub nowonarodzone dziecko, wzburzyła się niczym tafla morza, targana falami. Vince przetarł zmęczone oczy, odczekał chwilę, by przyzwyczaiły się do ciemności, jednak zbyt dobrze znał ten dotyk, by go nie rozpoznać, nieważne jak bardzo pijany wciąż był.
- Idź spać. - powiedział cicho do dziewczyny. Odtrącił delikatnie jej dłoń.
- Połóż się ze mną. Nie śpij na fotelu. Chodźmy do łóżka. - zaproponowała, choć czuła, że tym razem żadne słodkie słówka, czułości i pieszczoty nie zatrą głębokiej bruzdy, jaką wyryła na jego sercu.
- Wygodnie mi tu. Ale ty możesz iść.
- Kochanie...
Obrzucił ją zdegustowanym, smutnym spojrzeniem. Zaśmiał się cicho pod nosem. Z głupoty dziewczyny oraz własnej.
- Kochanie? Nie, mała, już nie. Kładź się i wytrzeźwiej.
- Przecież ja chyba jestem trzeźwa. - zaprzeczyła niewinnie Sophie z uroczym uśmiechem maleńkiego dziecka. Jednak nawet to nie przekonało chłopaka, mimo że tak bardzo pragnął posadzić ją sobie na kolanach, przytulić i magicznie obronić przed śmiercią, którą sama sobie serwowała na srebrnych łyżeczkach.
- Chyba? Nawet nie wiesz, czym jest trzeźwość.
Dziewczyna zachichotała.
- I ty to mówisz. Kolejny hipokryta do cudnej kolekcji. Nie chcę się z tobą kłócić. Chodź do łóżka, proszę.
- Powiedziałem już, co o tym, kurwa, myślę.
- Vinny... - chwyciła go za rękę i próbowała pociągnąć w górę.
- No mówię, że nigdzie z tobą nie idę!
Z sypialni wyłoniła się zaspana Michelle, która ledwie zasnęła, a znów została obudzona z lekkiego snu. Tak długo pilnowała, by Nikki zasnął i nie udusił się własnymi wymiocinami. Przeczesując palcami potargane włosy i udając, że nie widzi tego, ile z nich zostaje w jej dłoni, weszła do salonu, przymkniętymi wciąż oczami poszukując źródła hałasu.
- Jedna, kurwa, jedna noc bez żadnych pijackich rozmów, pieprzenia się w pokoju obok, imprezy za drzwiami czy grającego na garnkach Tommy'ego, tylko jedna, czy wymagam aż tak wiele? - zaczęła mówić do dwójki z wyrzutem, boleśnie obojętna na kolejną kłótnię.
- Według mnie nie ma sprawy, ale wytłumacz to tej pierdolonej ćpunce! - wskazał Vince na szatynkę, która posłała jednocześnie Michelle niewinne spojrzenie. Lecz już nikt nie dawał się na nie nabrać.
- Sophie, idź spać, jutro będzie zajebisty dzień, znów się naćpasz, im szybciej zaśniesz tym szybciej będziesz mogła to zrobić, a ty, blondyneczko, zamknij ryj i idź położyć się ze swoją dziewczyną.
- Ale ja nie nie mam dziewczyny.
- Ale mnie to chuj obchodzi. Chcę przespać jedną noc. Dobranoc, chuje. - zostawiła parę i udała ponownie do sypialni, by wtulić się w zimne, chude, a jednocześnie tak idealne dla niej ciało Nikki'ego.
Neil natomiast niechętnie posłuchał bardziej rozkazu, niż prośby. Posnuł się za Sophie, która zrobiła dla niego miejsce na łóżku. Odsunęła kołdrę, aby mógł się pod nią schować wraz z nią, jednak chłopak usiadł na niej, wciąż w butach i kurtce, jak zasnął na fotelu. Nie zamierzał spędzać tu nocy.
Krótki przystanek między jednym przyjęciem a następnym.
- Vinny... - dziewczyna przerwała szeptem, który ledwo przebijał się przez mrok, krępującą ciszę. - Nie kochasz mnie już?
- Śpij. - pogłaskał ją czule po włosach, chociaż szybko cofnął rękę.
- Czyli nie kochasz..?
- Śpij, proszę.
-Vinny, proszę, kochaj mnie...
Mężczyzna nie odpowiedział. Siedział, oparty o ścianę, wpatrują się gdzieś w dal.
-Dlaczego mnie nie kochasz i dlaczego mnie ignorujesz?- Sophie nadal ciągnęła.
A on pozostawał nieugięty. Starał się być jak najbardziej obojętny na słowa dziewczyny, jednak jego serce mówiło zupełnie co innego.
Tak naprawdę pragnął być z nią, zasypiać co noc u jej boku i wieść w miarę normalne życie, jak na gwiazdę rocka. Pomimo tego, że z każdym dniem stawało się to coraz mniej realne, on nie tracił nadziei. Nawet jeśli bardzo by chciał, nie potrafiłby jej zostawić. Leżał przy niej całą noc. Bez względu na to, jak bardzo każdy jej czyn go ranił i doprowadzały do szaleństwa. W końcu zdjął buty i kurtkę. Rzucił je gdzieś w kąt pokoju. Wszedł pod kołdrę i wtulił się w wyniszczone ciało dziewczyny. Pomimo tego, że wiele jego myśli było przeciwko temu, zasnął u jej boku.
Dochodziła szósta. Po deszczowym dniu w Los Angeles ponownie ukazało się słońce. Mocno świecące słońce, zaczynało wbijać się do pokoju przez nie zasłonięte okna. Jedno z nich było otwarte, a na parapecie siedziała szczupła, zniszczona postać otoczona dymem papierosowym. Michelle wpatrywała się w miasto- tak jak zawsze miała w zwyczaju. Coraz częściej budziła się o tak wczesnych porach. Spała coraz mniej. Była wyniszczona psychicznie oraz fizycznie i nie zapowiadało się na jakiekolwiek polepszenie jej stanu.
Siedziała już może jakąś godzinę, śpiąc zaledwie dwie. Jednego papierosa gasiła, a drugiego zapalała. Nagle upadła jej na ziemię zapalniczka, co rozniosło się echem po całym pokoju. Nikki gwałtownie się ocknął, jednak już po chwili przeszedł go przeszywający ból głowy i z powrotem położył się na materacu, przykrywając się kocem aż po głowę. Leżał przez dłuższy czas, dopóki nie zorientował się, że Michelle nie ma obok i znów siedzi na parapecie z papierosami.
Ostatkiem sił wstał z łóżka i powlókł się do okna. Stanął obok dziewczyny i objął ją swoim ramieniem. Mich przerażona odwróciła się w jego stronę. Na ten widok blado się uśmiechnęła i wróciła do palenia.
-Masz zamiar skoczyć?- zapytał Nikki, odgarniając włosy z jej szyi i zaczynając ją delikatnie całować.
-Idź się położyć, za mało spałeś...- odpowiedziała, odsuwając się od niego.
-A ty? Ile spałaś? Nie ma mowy, nigdzie nie idę bez ciebie.
-Ale ja nie jestem zmęczona.
-Widać...- powiedział i zajął miejsce obok niej.
Nikki spojrzał na Michelle. Widział każde żebro, każda kość tak nienaturalnie wystawała, a jej twarz z dnia na dzień przyjmowała jeszcze grubszą maskę.
-Powiedz mi jedno dziewczyno, o chuj ci chodzi?- zapytał dość zdenerwowany.- Masz tak właściwie wszystko. Dzieje ci się jakaś krzywda? Bo jeśli tak, to załatwimy to.
Cisza. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć, więc dalej paliła papierosa.
-Będziesz mnie ignorować? Okej. Więc pozwól, że ci wszystko wygarnę, bo mnie to już nie bawi. Nikogo nie bawi. Wplątałaś się w takie, a nie inne środowisko, więc czego ty wymagasz? Że będzie jak w bajce? Że rodzice za wszystko zapłacą? Chyba jesteś dorosła, prawda? No chyba, że czegoś nie wiem. Wkurwiasz mnie i coraz częściej rozmyślam o tym, czy od ciebie nie odejść.
-Rodzice raczej już za nic nie zapłacą.- odpowiedziała cicho.
-A co? Oni też mają ciebie zupełnie dość? Szczerze, nie dziwię im się.
-Nie żyją, kretynie.
Twarz Nikki'ego stała się od razu bardzo poważna. Poczuł się cholernie źle z tym, co przed chwilą powiedział.
-Tak mi przykro, kochanie... Nie chciałem tego powiedzieć.
Michelle lekko uśmiechnęła się i zgasiła papierosa.
-To nic takiego, naprawdę.
-Nie chciałem żeby tak wyszło. Emocje i... Sama wiesz.- mężczyzna próbował wyplątać się z trudnej sytuacji.
-Tak, tak. Nie przejmuj się. Nie wiedziałeś. Było, minęło. A co do twojego odejścia...
-Nigdzie nie odejdę.- przerwał jej szybko.- Nie zostawię cię.
-Nie lituj się nade mną. Nie potrzebuję tego.
-Kochanie... Wiem, w jakie gówno możesz się wpakować. Źle się trzymasz, ale naprawimy to.
Nikki przysunął się bliżej Michelle. Chwycił ją za brodę i delikatnie ucałował jej usta, po czym uśmiechnął się zabójczo. Po chwili zeskoczył z parapetu i wyciągnął w jej stronę dłoń.
-Dalej, chodź. Idziemy jeszcze do łóżka.
Blondynka bez żadnych sprzeciwów chwyciła jego rękę i ruszyła za nim. Szybko znaleźli się w łóżku. Nikki otulił ją swoim ramieniem i pocałował w czubek głowy.
-Kocham cię.- szepnął delikatnie do jej ucha, co wywołało u niej uśmiech.
Siedziała na krawędzi łóżka. Amfetamina zaczynała już działać na jej umysł. Promienie wschodzącego słońca powoli przebijały się przez zasłony, oświetlając sypialnię. Sophie obserwowała śpiącego Vince'a, wtulonego w pościel, wciąż w ubraniach. Wyglądał tak spokojnie, jego blond włosy potargane, roztrzepane na poduszce, wargi lekko rozchylone, dłonie zaciśnięte na kołdrze. Zbliżyła się do niego, zajęła miejsce obok i głaskała po ramieniu. Musiał czujnie spać, ponieważ po niedługiej chwili uchylił zaspane powieki. Nie pamiętał już, jaki był dotyk dziewczyny. Oddalali się od siebie i coraz rzadziej mógł choćby poczuć jej usta na swoich. Mimo, że nie przyznawał przed sobą, że tęskni za uczuciem, którym go obdarzała, wspomnienie dawnych dni, pozornie nieodległych, lecz skrytych już za mgłą pijanych nocy, wywoływało w nim ukłucie bólu. Brakowało mu nawet kłótni, które kończyli zawsze między rozgrzebaną pościelą, w przeciwieństwie do obecnych, naznaczanych goryczą i coraz większą niechęcią. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie tak wyglądać miała miłość, rzadko goszcząca w jego życiu. Nie tak... Vince przetarł oczy i wolno podniósł się, podparty łokciami, by przyjrzeć się dziewczynie. Jej uśmiech był smutny, podobny do wszystkich uśmiechów, na jakie było ją stać. Odwzajemnił go jednak ciepło.
- Dzień dobry, księżniczko. - odezwała się pierwsza Soph.
- Widzę, że dla ciebie już bardzo dobry. - odpowiedział oschle.
- Nie zaczynaj, proszę...
- Nie ćpaj, proszę.
To od razu zamknęło jej usta. Czuła wstyd, rosnący z każdym dniem. Chłopak westchnął i gestem dłoni zaprosił ją w swe ramiona. Przytuliła się do niego mocno. Miała zimne ciało, skórę pokrytą dreszczami, oddech ciężki, z trudem przychodzący.
- Nienawidzisz mnie, prawda? - zapytała cicho, z oczami zwróconymi do ściany, nie do niego. Bała się.
- Chciałbym. - pocałował ją we włosy. - Ale, kurwa, chyba nie potrafię.
- Wyrzucicie mnie stąd?
- Skąd taki pomysł?
- Michelle mówiła, że...
- Pierdoli nas wszystkich to, co mówi Michelle. Coś tej dziewczynie odwala. Nie słuchaj jej. Zostaniesz ze mną.
- Z tobą?
- Masz jeszcze kogoś, prócz mnie?
Odpowiedziała mu głucha cisza. Najwyraźniej wszyscy jeszcze odpoczywali (czy też zwyczajnie nie byli w stanie podnieść się z łóżek lub podłogi) po kolejnym z licznych przyjęć. Choć jeszcze nikt nie był tego świadomy, ich życie skracało się z każdym dniem spędzonym podobnie, jak wszelkie poprzednie. Próby, koncerty, upomnienia od wytwórni, przypadkowy seks, alkohol, narkotyki, bójki. Cios za ciosem, dążyli do wielkiej kariery i grobu. Znudzony Vince sięgnął po paczkę papierosów z szafki nocnej, odpalił jednego i z głupawym uśmiechem rozkoszował się nikotyną.
- Tak sądziłem. - odezwał się w końcu. - Będziesz teraz milczeć, no nie?
-Chyba jest nadal ze wcześnie...- szepnęła pod nosem, spoglądając na zegar, który wskazywał siódmą.
Michelle usiadła na łóżku i przeczesała niezgrabnie włosy swoimi dłoniami. Spojrzała w stronę okna. Promienie wpadały do pokoju, oświetlając ściany. Po zaledwie momencie zaczęły zmieniać swoje położenie. Teraz padały na zniszczone włosy Nikki'ego. Wyglądał tak niewinnie. Dłonie miał złożone pod głową. Na twarzy malował się zarys uśmiechu. Gdzieniegdzie znajdowały się smugi po niezmytym makijażu. Dziewczyna nieznacznie zbliżyła się i swoim delikatnym dotykiem starła go. Nikki, czując jej gładką, zimną skórę na swoim policzku, jednym ruchem ręki przysunął Michelle do siebie i mocno przytulił. Blondynka miała wrażenie, że przytula swojego starego ukochanego. Jego ciało było przyjemnie ciepłe, pomimo tego, że wiedziała, co mogło dziać się na imprezie. Oddech pieścił delikatnie jej bladą cerę. Mich przymknęła oczy i ponownie na chwilę usnęła, a przynajmniej sądziła, że na chwilę.
Na zegarze dochodziła godzina jedenasta. Nikki uchylił swoje oczy. Widok wtulonej, śpiącej Michelle sprawił, że uśmiechnął się zauroczony jej delikatnością. Miał wrażenie, że to co jej powiedział, przemówiło jej do rozumu. Wydawała się byś spokojna. Jej klatka piersiowa unosiła się równomiernie. Już nawet obudziła się w nim nadzieja, że jeszcze będzie jak dawniej.
Leżąc ze swoją ukochaną u boku stwierdził, że najwyższa pora wstać i wziąć jakieś leki oraz napić się czegokolwiek. Kac niszczył go od środka. Wstał. Starał się wykonywać jak najmniej ruchów, a szczególnie jak najmniej tych gwałtownych. Nie chciał jej obudzić, bo wiedział, że to pierwszy w ostatnim czasie dzień, kiedy Michelle naprawdę się wyśpi. Wychodząc z pokoju, oparł się na chwilę o ścianę, by poczekać aż kręcenie w głowie ustanie. Po chwili przeszedł do kuchni i szybko nalał sobie szklankę wody. Usiadł na blacie, na którym znajdowało się wszystko, czego nie powinno być w kuchni. Wziął do ręki kartkę, która podeszła mu pod ręce. Domyślał się, że pisała to Michelle. Choć strona zawierała tylko parę pojedynczych słów i tak w pewnym sensie go to zachwyciło. Sam nie miał pojęcia dlaczego. Jednak odłożył ją na stos, chowając gdzieś na przyszłość.
Nagle w kuchni pojawił się Tommy. Mrużąc oczy, rozglądał się po pomieszczeniu.
-Stary, daj mi coś do picia.- wyszeptał.
Nikki wskazał na szafkę i kran. Nie miał ani siły ani ochoty, by obsługiwać gościa. T- bone wyciągnął szklankę i również nalał wody, która okazała się być cholernym zbawieniem.
Przez długi czas panowała cisza. Tommy zdążył wypalić dwa papierosy i wypić dwie szklanki wody. Gdy zapędzał się na trzecią, zwrócił się do Nikki'ego, który zdawał się gdzieś odpłynąć.
-Tobie też nalać?
-Tak, jasne.- opowiedział, wyrywając się ze swojego dziwnego transu.
-O czym myślisz?- zapytał T- bone, podając szklankę.
Sixx jedynie głupio uśmiechnął się i upił trochę kranówki.
-Myślisz o Michelle. Widzę to coś w twoich oczach. Układa wam się?
-Chyba idziemy w drobną stronę.
-Czyli... Twoje marzenia się ziszczą?- zapytał Tommy, uśmiechając się szeroko.
-Bardzo bym chciał, ale nigdy nie wiem, co może nam odpierdolić. Kocham ją, naprawdę, ale znasz nas...- Nikki bardzo intensywnie zaczął wpatrywać się w podłogę.
-No tak. Dobra, stary. Nie martw się na zapas. Przed wami jeszcze wiele lat.
-Brzmi przerażająco...- Nikki zeskoczył z blatu i wyszedł z kuchni. Tommy spojrzał zdziwiony za przyjacielem i zapalił kolejnego papierosa.
Sixx wrócił do pokoju. Rzucił się na łóżko, zapominając o tym, że Michelle nadal śpi. Dopiero po chwili uświadomił sobie, co zrobił. Szybko odwrócił się w stronę dziewczyny, ale ona nadal śniła. Nikki odetchnął z ulgą. Objął ją swoimi prawie zagojonymi ramionami i pocałował w tył głowy. Leżał z nią przez długi czas, pieszcząc jej skórę jednym palcem. Podobała mu się ta bliskość. Bez względu na to, jak bardzo Michelle go irytowała, on nie potrafił powiedzieć jej ostatecznego nie.
Czas z każdą chwilą upływał. Słońce było już wysoko i wydawało się, że reszta domowników też już wstała. W końcu i Michelle zbudziła się z długiego snu. Czując jego dotyk, od razu uśmiechnęła się i odwróciła w jego stronę. Gdy tylko Nikki ujrzał jej szare, błyszczące oczy poczuł szybsze bicie serca. Uśmiechnął się szeroko i namiętnie ją pocałował.
-Dzień dobry, kochanie.- powiedziała, a w jej głosie było słychać jakby... szczęście.
-A dobry, doby. Oprócz kaca.- odpowiedział Nikki, uśmiechając się krzywo.
-Kac, powiadasz... Prysznic powinien ci pomóc.
-Wolę tutaj jeszcze chwilę poleżeć.
-Jak wolisz, ale straciłeś właśnie sporą szansę.- Michelle uśmiechnęła się uroczo, pocałowała go w policzek i wstała z łóżka.
-Jaką szansę?- zapytał Nikki, opierając się na łokciach.
-No wiesz... Chciałam iść z tobą wziąć prysznic, ale skoro tak źle się czujesz, to lepiej zostań w łóżku.
Mężczyzna szybko poderwał się na nogi. Podszedł do dziewczyny, która aktualnie była w samej bieliźnie. Objął ją w pasie i pocałował delikatnie w szyję.
-Chyba jestem w stanie zrobić dla ciebie ten wyjątek.
Blondynka szeroko uśmiechnęła się, chwyciła Nikki'ego za rękę i szybko pociągnęła go łazienki. Gdy tylko weszli, Sixx zakluczył drzwi tak, by mieć pewność, że nikt im nie przeszkodzi. Szybko znalazł się obok niej, przygniatając ją do zimnych płytek. Zaczął ją delikatnie całować. Oczywiście chciał ją całą jak najszybciej, ale z drugiej strony chciał rozkoszować się nią całą.
-Chyba mieliśmy wziąć prysznic.- Michelle wymknęła się objęć Nikki'ego.
-No tak, racja. Prawie o tym zapomniałem.- zaśmiał się lekko.- W takim razie pozwól, że pomogę ci rozebrać się.
Blondynka spojrzała rozbawiona na niego. Podeszła nieco bliżej i złożyła delikatny pocałunek na jego ustach.
-Doceniam twoje starania, ale nie ma wielu rzeczy do rozebrania.
-Ale chuj mnie to.- Sixx przyciągnął do siebie dziewczynę i szybko pozbył się jej, jak i swojej bielizny.
Po chwili znaleźli się pod wodą. Ciepły strumień oblewał ich ciała. Nikki nie chciał stracić kolejnej okazji, więc zaczął namiętnie całować Mich.
Po długim czasie, w końcu wyszli z łazienki. Roześmiani i szczęśliwi. Nikki obejmował dziewczynę, jednocześnie zasłaniając jej ciało ręcznikiem.
-Nie mieszkacie tutaj sami.- nagle na ich drodze pojawiła się Soph.
-Tak, to fajnie słoneczko.- Michelle sarkastycznie uśmiechnęła się, chwyciła Nikki'ego za rękę i szybko pociągnęła go do pokoju.
Gdy tylko znaleźli się w środku, dziewczyna zrzuciła z siebie ręcznik i zaczęła się szybko ubierać.
-Hej, nie denerwuj się.- powiedział, podchodząc do niej, obejmując ją i składając kolejny pocałunek na szyi.
-Nie jestem zdenerwowana.- odpowiedziała, wymykając się z jego objęcia i wychodząc z pokoju.
Od razu pokierowała swoje kroki do kuchni. Wstawiła wodę na kawę, a otwierając lodówkę stwierdziła, że najwyższa pora zrobić zakupy. Po chwili znalazła się w salonie, razem z kubkiem. Usiadła na kanapie, rozkoszując się czarnym napojem. Po krótkim czasie w pomieszczeniu znalazł się Tommy.
-Cześć mała.- powiedział, rzucając się obok.
-Cześć chudzielcu.- odpowiedziała z uśmiechem.
-Widzę, że już lepiej się trzymacie. I dobrze. Teraz jeszcze ogarnij Sophie.
-Dlaczego ja?
-A kto inny to zrobi?
-Nie wiem. Na przykład Vince. Ja nie chcę się w to mieszkać. Zbyt wiele nocy przez to nie przespałam.
Tommy już nic nie powiedział. Zapalił papierosa i zaczął rozglądać się po całym mieszkaniu. Nagle rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Michelle wstała z kanapy, byleby nie siedzieć już z T-bonem.
Gdy otworzyła drzwi, jej oczom okazał się Mick.
-Jeśli znów jesteś najebany, to daruj sobie, proszę.
-No właśnie nie jestem. Chciałbym przeprosić za swoje ostatnie zachowanie. Przesadziłem.
Mich ciężko westchnęła i otworzyła szerzej drzwi.
-Wejdź... 

7 komentarzy:

  1. Czemu oni wszyscy są tacy wredni dla Sophie?? Z tego co przeczytałam to sądzę że ona potrzebuje przyjaciół. No a tym przyjacielem mógłby być Paul Stanley (Albo Robert mógłby zrobić wielki Comeback i zgarnąć Sophie). Michelle dalej mnie wkurwia i jej nie lubię. Co ona sobie w ogóle myśli?! Że niby jak cały czas miała ją w dupie i nagle się nią przejmie to Sophie padnie w jej ramiona i powie '' Michelle jesteś i byłaś moją najukochańszą przyjaciółką na świecie''? Ale najbardziej ciekawi mnie co Mick może chcieć od Michelle- Głupiej suki.
    Czekam na nowy rozdział!!!

    Martyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogłabym Ci obiecać, że pozbędę się Michelle z tego opowiadania, ale cóż... Zosia jest nieugięta i nie daje się przekonać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Codziennie zaglądam na bloga z nadzieją 'może coś dodały' i każdego dnia nic..aż tu nagle, nowy rozdział- z czego bardzo, bardzo się cieszę :)
    Widzę, że nie tylko mnie Michelle denerwuje, ujmując to bardzo delikatnie.
    Strasznie działa mi na nerwy.
    Co do Sophie i Vince'a to pomimo tego, że się kłócą i tak ich uwielbiam!
    Najcudowniejszy w tym wszystkim jest Tommy. Bardzo, bardzo go lubię! :)
    Ciekawe jak to będzie dalej..no ciekawe..
    Ah, uwielbiam Was! Kocham i w ogóle!
    Nie mogę się doczekać następnego. Życzę dużo weny i pozdrawiam (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to takie kochane, dziękujemy.
      Mnie też Michelle wkurwia, witam w sporym klubie c:

      Usuń
    2. To, kurwa, miłe, że nikt nie lubi mojej postaci...

      Usuń
    3. Ale kiedyś ją uwielbiałam, kwestia obecnego zachowania względem Soph.

      Usuń
  4. Olivia, blagam, zrób cos z Michelle, niby dobrze, ze bohaterowie wywolują tyle emocji, ale tej dziewczyny nie da sie zniesc, jest okropna dla każdego bez wyjatku, nic w niej nie ma, teraz jeszcze zbrzydla i nawet uroda jej nie ratuje. Ale oprócz tego opowiadanie zajebiste, czekam z niecierpliwością na wiecej, bo z każdym rodzialem jest coraz ciekawiej.
    Pozdrawiam i weny zycze :3

    OdpowiedzUsuń