All bad things must come to an end
Im więcej czasu mijało, tym mniej bolało, tym mniej rozpaczała nad zniszczoną częścią życia. Kalifornijskie wybrzeże, już nigdy nie maiło tak pociągać jak nowojorski zgiełk alternatywnych muzyków, paryskie ulice sztuki oraz londyńskie drogi pełne kawiarni. Nic już nigdy nie miało być takie samo. Dusza wolna, nareszcie nikt ani nic jej nie trzyma. Och, ta mała niepokorna blondynka z zepsutą krwią teraz stawała się ikoną w galeriach sztuki. Mówili o niej, była na ustach wszystkich, podziwiali ją. W końcu doceniona.
Zniknęła bez słowa, tylko Mick wszystko wiedział i niczego nie powiedział. A ta czarna, rozczochrana grzywa wpatrywała się w ich zdjęcia ze smutkiem. Ile by oddał, by jeszcze raz dotknąć swojej kobiety, która nigdy do niego nie zależała. Do nikogo nie należała. Miała w sobie więcej wolności niż wiatr. Unosiła się lekko i z gracją. Niczego nie żałowała.
Tworzyła. Siebie, życie, sztukę. Już nie chciała umierać, w końcu miała dla kogo żyć, miała po co żyć. Jej serce już dawno zagojone. Zawsze uśmiechnięta, tanecznym krokiem przechodziła przez kolejne dni z podniesioną głową, dumna ze swoich dzieł, dumna z siebie.
Czy zapomniała o nich? Nigdy. Są ludzie, którzy w wspomnieniach, nawet tych najboleśniejszych, są nadal żywi. Tak było z nimi, choć odkąd ich opuściła, zawsze prosiła o wszystko co najlepsze dla nich. Cieszyła się, że spotkała ich na swojej drodze. Wzruszała się, gdy znów widziała ten błysk w inteligentnych oczach.
Wrażliwa, otwarta, pełna emocji. Nie ta sama, co wcześniej, ale wciąż nieco zagubiona. Ciężko było biec samemu przez pustynię, ale znalazła się oaza. Jego ramiona stały się ukojeniem. Burza nadchodzi tylko podczas deszczu, a on rozświetlił wszystkie drogi. Chwycił jej ulotną dłoń i obiecał, że nie pozwoli ponownie zagubić się. Och Anthony, och Anthony... Co by się działo, gdybyś nie odważył się przeniknąć przez tego ducha. Świat do odważnych należy, a on podbił cały wszechświat. Pomógł jej, odbudował królestwo cegła po cegle. Stworzył coś nowego. Jej Anthony.
Ta droga była tak piękna, tak oczywista, tak wspaniała. Nie było z niej odwrotu, na szczęście. Ona żyje, nie do wiary.
Odnalazła w życiu to, czego potrzebowała najbardziej. Już żadna ulica nie była zimna, żaden poranek nie był szary. Za sam fakt, że może budzić się z tych wspaniałych, wyrzeźbionych ramionach sprawiał, że była jeszcze bardziej wdzięczna za wszystko.
Życie, życie. Ach, to twoje słodkie oblicze. A teraz ona tańczy, biegnie, pojawia się i znika. Wszyscy zbyt dobrze znają jej imię. Ale ona już nie wróci, nie ta, którą znaliście. Co było, minęło. Co będzie, to przed nami.
I uchowaj ich przed nieszczęściami, amen.
*
Co pewien czas słyszał gdzieś jej imię, błądziło ono z ust do ust, poznawał kolejne historie, przygody, w których chciałby brać z nią udział. Podobno ktoś widział ją ostatnio w Texasie. Zaraz potem w Londynie, a może to było Birmingham? Chwilami wydawało mu się, że widzi jej uśmiech w szalejącym tłumie, który porywa wszystko, tylko nie ją, widzi, jak ona stoi spokojnie niewzruszona między dzieciakami w ekstazie i tylko uśmiecha się, uśmiecha się lekko i wypala coraz więcej dziur w jego duszy, o ile jeszcze duszę miał. Ale to nie mogła być ona, słyszał, że znów ją gdzieś widzieli, na drugim końcu świata. Bywała ją wszędzie, jeździła po globie za swoim ukochany, tak słyszał. Los Angeles pozostało jedynie wspomnieniem.
Czasem zastanawiał się, dokąd zaprowadziłoby ich życie, gdyby dalej szli razem drogą. Gdyby ona nie upadła w połowie wędrówki, gdyby pomógł jej się podnieść i nie pozwolił, aby ktoś inny zabrał ją w niebezpieczną podróż. Myślał o niej, gdy w butelce rozmywała się reszta świata. Czuł gorzki smak w ustach, truciznę w sercu. Nawet nie próbował sprawić, by pojawiła się znów w jego życiu. Wiedział, że nie będzie chciała, widział jej zdjęcia, była szczęśliwa. Oczy dziewczyny świeciły dawnym blaskiem, choć dalej ukrywała je za burzą potarganych włosów, choć chowała się w ramionach innego mężczyzny przed błyskami fleszy, on widział radość. I za nic nie mógłby jej tego odebrać. Zniszczył zbyt wiele, za długo był czystą destrukcyjną siłą, za długo igrał ze śmiercią, aż ta nie zabrała ze sobą jego przyjaciela, przeklinał los, że wybrał niewinnego chłopaka, a nie wielką, gnijącą od środka gwiazdę rocka.
Świat znów nabierał kolorów, znów czuła, odzyskiwała zmysły, powracała do życia. Potężny ogród rozkwitał wraz z nią. Delikatne kwiaty ozdabiały zieleń, wiekowe drzewa szumiały na lekkim, orzeźwiającym wietrze. Codziennie spacerowała spokojnie po wzgórzach pod błękitnym, czystym niebem, miękkie źdźbła łaskotały jej bose stopy, a cisza cieszyła uszy. Za nią zawsze podążała para czułych, uważnych oczu, w które wpadały złote loki. Czasem zatrzymywała się w radosnym biegu, spoglądała w obłoki, próbowała zrozumieć, jak mogła chcieć żyć w innym miejscu, niż to, jak mogła, skoro tutaj był jej dom, tutaj on zawsze na nią czekał. Wspomnienia już nie bolały. Odgoniła od siebie czarne chmury, z uśmiechem znów zaczynała biec prosto w ramiona Roberta. Mała, zagubiona na Sunset Strip wróżka wróciła tam, gdzie być powinna.
Wszystkie złe rzeczy kiedyś muszą się skończyć.
Kochane.
OdpowiedzUsuńZa dużo czułam, czytając to, za dużo pomyślałam, wizualizując to wszystko.
Nie umiem Wam tego skomentować.
Za dużo się stało. Zobaczyłam Wam, sobie, nam wszystkim, przyszłość.
Cudownie, że się skończyło, że w taki sposób.
Nie umiem powiedzieć tutaj nic. Za dużo osób patrzy.
Tutaj nie potrafię.
Niektóre sprawy trzeba przemilczeć, to samo w sobie jest dla nas wspaniałe, dziękujemy.
UsuńCieszę się, że to już koniec i wszystko się dobrze skończyło :) Michy i Soph od dawna powinny uciec od Motley i znaleźć szczęście. Będziecie coś jeszcze razem pisać?
OdpowiedzUsuńO Bogowie, tutaj nas zaskoczyłaś/eś. Na razie tego nie planujemy raczej. Zobaczymy, co czas przyniesie.
Usuń