czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział XVI

Droga. Czy znów ta sama? Chyba tak, bo krajobraz niewiele się zmienia. W małych miasteczkach lampy świecą się cały czas. Bez przerwy. Jakby już nigdy nie miały zgasnąć, ale żyją ze świadomością, że nadejdzie ich pora, blask osłabnie i ktoś o nich zapomni. 
Nikki tworzył w głowie coraz dziwniejsze scenariusze, a cała ludzkość jakby uciekała. Nikt nie wiedział, czym aktualnie się interesuje. Co jest dla niego ważne, a co kolejną, nieistotną sytuacją. 
Każdy uciekł gdzieś w swoją stronę. Już nie tworzyli jednej całości. Już nawet nie pili razem. Vince rozbiegał we wszystkie strony, by złapać cudowne blondynki. Tommy znudził się heroinową zabawą Nikki'ego. Mick jak zawsze był niedostępny, tworzący jakiś spisek za plecami zespołu. A Nikki po prostu trwał. Czasem jego serce zabiło mocniej, gdy pomyślał o Michelle. Czasem jego dłonie zadrżały, gdy przypominał sobie jej dotyk. Ale to też uciekło i nie pozostawiło po sobie żadnego śladu. Ale kim była Michelle na tle tych wszystkich wspaniałych kobiet. Tak, nadal tą jedyną. 
Ruszyli jako zespół, wrócą jako nikt. Chyba już każdy tak pomyślał. A im bardziej o tym myślał, tym bardziej uciekał przed tym. Byli sławni, pieniądze zaczęły spływać na ich konta. Oni jedynie zamierali w strachu, co może być po tym, jak cała impreza się skończy. Zdejmą kostiumy na dobre i pozostanie wielka pustka. 
Znaleźli azyl w Nowym Jorku. Ich własny koncert w jednym z bardziej znanych klubów. I choć rozpadali się, to na scenie wciąż wyglądali dobrze i dawali z siebie wszystko. 
Nowy Jork wydawał się taki odległy i niedostępny. Będziemy grać tam, gdzie Aerosmith. Ta myśl podniecała i dodawała kopa. A przynajmniej taki był jej cel. 
-Ej, panowie...- Nikki zwrócił się do zespołu.- My nadal jesteśmy razem, czy tylko gramy razem? 
Mick jako pierwszy podniósł swój wzrok. 
-A jak ci się wydaje?- zapytał zimno i obojętnie, czyli jak zawsze miał w zwyczaju.
-Nie mam pewność, dlatego pytam. 
-Tylko ze sobą gramy, chłopcze. I z całego serca, szczerze cieszę się, że po trasie zapomnimy o sobie na jakiś czas. 
Znów zapadła cisza, która była już tak oczywista po każdej krótkiej rozmowie. Nawet po monologu występowały wielogodzinne repertuary ciszy. 
Przygrywała na wiele sposobów. Raz była irytująca i zżerająca, a czasem największym ukojeniem pod czas całej trasy. 
[...]
- Nienawidzę cię, suko! Słyszysz, nienawidzę! Mam nadzieję, że zdechniesz! - krzyczał w narkotycznym szale, rzucając przedmiotami. Lampa uderzyła o ścianę, żarówka roztrzaskała się na setki kawałków, mijając głowę dziewczyny o parę centymetrów.
- Taki jest plan. - uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami, jak gdyby nigdy nic odpalając papierosa.
- Mam dość, idę spać z pieprzonym Tommym! Vince miał, kurwa, rację, że cię zostawił, szmato! Wszystkie moje cholerne dragi, wszystkie, które sam kupiłem, wszystkie wyćpałaś! Pierdol się!- wyszedł z trzaskiem drzwi. Słyszała jeszcze, jak krzyczał na korytarzu. 
Sophie z kamienną obojętnością na twarzy sięgnęła ostatniego papierosa z paczki. Ze spokojem go zapaliła i tępo spojrzała w okno, doszukując się w nim czegoś interesującego. Na marne siedziała na łóżku. Próbowała wmówić sobie, że jest panią swojego życia. Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że narkotyki przejęły kontrolę nad jej życiem. 
Przecież nie tak to miało wyglądać. Miała być wspaniałą czarownicą Roberta i razem z nim przemierzać londyńskie ulice. Miała być szczęśliwa i pełna nadziei. Zawsze uśmiechnięta i zadowolona. Ale coś sprawiło, że porzuciła jakiekolwiek uczucia. Nie było smutku, nie było szczęścia. Była tylko pustka zapełniana kokainą i heroiną. Oprócz tych sekund euforii, nic się nie liczyło. 
Nie było sensu, by to przerywać. Razem z Nikki'm uciekała w to coraz bardziej i bardziej. Chwilami potrafiła wziąć więcej niż towarzysz. Nikt już w to nie ingerował. Wszyscy bali się ich reakcji i ukrywali tą wiadomość. Pomimo tak przegranej pozycji, czuła niezwykłą wyższość przy innych śmiertelnikach. Czuła, że może wszystko i nikt nie ma prawa ingerować w jej życie. Sama nim władała. A przynajmniej w takim odczuciu żyła. Ukrywała w sobie żal do samej siebie. 
Mijały godziny, które uciekały jak sekundy. Każda chwila uciekała jak miłe wspomnienia, które starała się pielęgnować za wszelką cenę. Ale z czasem wszystko było zamazane. Cały świat zlewał się w jedną plamę. Wszystko wydawało się takie oczywiste i nudne. Rutyną było sięgnięcie po alkohol i narkotyki. Jak każdej nocy, zrobiła to i tej. 
Nikki'ego nie było. Żalił się gdzieś w ramionach Tommy'ego. A Sophie, pozostawiona sama sobie, w ciemności i milczeniu obserwowała płomień świeczki, nad którym trzymała łyżeczkę. Każdy jej ruch był ostrożny i wolny. Jej drżące dłonie już nieraz doprowadziły do rozlania substancji. Czasem czuła wyrzuty sumienia. Stara osobowość dawała się w znaki. W takich momentach miała ochotę wyrzucić wszystko przez okno, aczkolwiek to było tylko chwilowe. 
Ta noc nie miała się niczym innym różnić. Znów w jej żyłach miała popłynąć heroina i na jakiś czas odciąć ją od świata. Siedziała cicho w kącie, a igła była już wbita w skórę. Nie zastanawiała się długo nad tym, czy perska zabawka powinna opanować jej ciało. Jedna sekunda, przymknięte oczy. Tylko ona i ten chwilowy spokój. Nic nieznacząca radość, że znów coś opanowało jej ciało i rozum. Nie przejął ją fakt, że oddech staje się płytki. Dygotało nią zimną oraz dziwny niepokój, który nastąpił równie szybko, co jej decyzja o ponownym zażyciu. Serce zwolniło, ciało było dziwnie rozluźnione wręcz wiotkie. Czuła narastającą senność. Z każdą minutą brakowało jej sił, ale walczyła, by nie zamknąć oczu. Wiedziała, co ją czeka. Chciała ostatni raz spojrzeć na świat, pomyśleć o wszystkich ważnych osobach, które przewinęły się przez jej życie. Teraz wspomnienia były intensywne. Raczej niczego nie żałowała. Może jedynie niektórych słów i niektórych znajomości. 
Zamknęła oczy, choć wciąż pozostawała świadoma. Zawładnął nią niepokój. W duchu prosiła, by ktoś nagle pojawił się i powiedział, że to tylko zły sen. Uświadomienie tego, ile może teraz zostawić przygnębiło ją jeszcze bardziej. Mógłby się pojawić ktokolwiek, a najlepiej ktoś najbliższy jej sercu. 
Chyba wszystko się kończyło. Chyba nie było odwrotu. Wszystko zostało gdzieś pozostawione na pewną zgubę. Tak, jak ona. Gdzieś odeszli, zwyzywali i zostawili. Przecież tak nie można postępować z ludźmi. 
Próbowała otworzyć oczy. Za wszelką cenę, ale senność zdominowała ją. Poddała się. Nie miała nawet pewności, czy to wszystko jest realne. Po prostu było ciemno, a cisza piszczała w uszach. Żadnego światła ani tunelu. Po prostu wszystko gdzieś zamarło na kilka godzin lub trochę więcej. Odzyskanie świadomości graniczyło z cudem, ale z pierwszymi promieniami słońca, coś zaczynało się zmieniać. Powróciła nadzieja i silna wola, która nie pozawalała jej się poddać. Wiedziała, że trzeba walczyć do końca. Wiedziała, że ma jedną osobą, którą może poprosić o pomoc. Nie mogła się poddać. Musiała walczyć, by znów zaznać szczęścia. 
Gdzieś między tymi śmieciami musiał być telefon. Chodząc na czworakach po podłodze, szukała urządzenia między porozrzucanymi rzeczami, aż nie odnalazła kabla, który przyciągnęła do siebie wraz z aparatem. Usiadła pod ścianą. Jej dłonie drżały, gdy wykręcała wolno numer, niepewna, czy wciąż dobrze go pamięta, czy ktokolwiek odbierze, czy będzie chciał jej słuchać.
Centrala przekazała dalej połączenie na znak, że znała właściwy ciąg cyfr. Pierwszy sygnał. Szalone bicie serca. Drugi sygnał. Suchość w gardle. Trzeci sygnał. Pulsujące skronie.
- Tak? - delikatny, zaspany głos przeszył panującą w pokoju martwą ciszę.
- Obudziłam cię..? - dziewczyna przełknęła głośno ślinę.
- Sophie? Cholera jasna, Sophie?! - po drugiej stronie usłyszała nagłe zamieszanie, coś zrzuconego przypadkiem na podłogę i szeleszczącą kołdrę.
- Nie krzycz i wysłuchaj mnie, proszę...
- Słucham, przecież cię słucham, mów.
- Zabierz mnie stąd, musisz mnie stąd zabrać, rozumiesz? Zabierz mnie.
- Jestem daleko, ja...
- Nie wiem, gdzie jesteś, ale zabierz mnie stąd. Kupię bilety na samolot, gdziekolwiek jesteś. Ale zabierz mnie stąd.
- Kurwa mać, co się stało?
- Ja nie chcę tutaj umierać, nie chciałam tyle wziąć, ja nigdy nie chciałam, nie wiem dlaczego, umrę tutaj... - szepnęła, a łzy zaczęły naznaczać maleńkie dróżki na jej policzkach. - Nie chcę, chcę być z tobą, tylko ty mi możesz pomóc...
- Nie płacz, hej, nie płacz, uspokój się. Moja mała Sophie, uspokój się. Zabiorę cię do siebie. Zamieszkasz ze mną. Dobrze? - usłyszała smutek i przejęcie w głosie rozmówcy. - Musisz jeszcze dzisiaj wsiąść w samolot. Zaraz ci powiem, gdzie jest najbliższe mi lotnisko. Masz jakąś kartkę? Będę czekać tam na ciebie. Musisz jeszcze dzisiaj wsiąść w samolot. Moja mała Sophie...
[...]
Pośpiesznie i chaotycznie wrzucała do walizki kolejne rzeczy oraz ubrania. Promienie słońca powoli zaczynały oświetlać zdewastowany pokój, omijała kawałki rozbitego szkła na podłodze, krople krwi zmieszane z rozlanym alkoholem. Czas uciekał. W każdej chwili chłopak mógł tutaj wejść, popchnąć dziewczynę na łóżko w szale lub podnieceniu, z morderczym uśmiechem na ustach i złem w oczach, znów nie pozwalając jej się wyrwać z objęć śmierci. Ale ona chciała żyć, chciała żyć, jak najdalej od swoich przyjaciół, wrogów i zabojców.
Gdy wsiadała na pokład samolotu, słyszała jeszcze gdzieś za sobą szyderczy, okrutny śmiech, mówiący jej, że Nikki wróci, wróci razem z ich wspólną kochanką, przecież tak ich kocha, jak może odejść, nie pozwolą jej odejść, wspomnienia i wygłodniałe potwory będą podążać za nią nieustannie, nigdy się nie poddają. Ale kiedy maszyna oderwała się od ziemi, a ciśnienie zatkało jej uszy, przestała słyszeć. Długi lot wyciszył głosy, zasnęła spokojnie, po raz pierwszy od tygodni, może miesięcy. Witał ją nowy świat. Znała go dobrze. To samo niebo, ten sam wiatr, te same ulice. Jednak wszystko wydawało się piękniejsze. Spojrzenia już nie były przepełnione nienawiścią, a radością, gdy w lekkim pośpiechu każdy zmierzał do swych codziennych zajęć. Ktoś na nią czekał. O umówionej godzinie znów zobaczyła ten szeroki, ciepły uśmiech, za którym tak tęskniła, choć sama wcześniej odrzuciła go na rzecz okropnych nałogów i udawanej miłości. Schowała się w troskliwych ramionach i czuła, wreszcie czuła, że jest bezpieczna.

5 komentarzy:

  1. Z początku znowu byłam wściekła na Soph. Sama już nie wiem czy zła czy było mi jej szkoda, a może po prostu jedno i drugie? Nie wiem, ale później się ucieszyłam, że w końcu coś zrozumiała. Że w końcu wybrała odpowiedni numer. I jest. Teraz trzyma ją w swoich ramionach Michelle a nie heroina. Bo to Michelle, prawda?
    Niech ona szybko z tego wyjdzie- chociaż to nie będzie proste. Niech będzie z Vincem, proszę. A Michelle z Nikkim. Ale to pewnie daleka droga do tego...Tak coś czuję.
    Cieszę się, że nadal tu jesteście i piszecie. Jeden z najlepszych blogów tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  2. To do Michelle dzwoniła Sophie, prawda? Błagam powiedzcie, że tak :( Bardzo chcę żeby wróciła, brakuje mi tu jej chamskości, ktoś musi ich wszystkich ogarnąć przecież. Czekam na więcej :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam komentować, a tego nie robię. Siedzę z otworzonym Waszym blogiem i zamiast coś tu napisać to ja śpiewam razem z Marie i Perem. Teraz własnie uświadomiłam sobie, że dawno nie słuchałam 'Spending My Time' i nic. Nadal. Ale teraz trzeba wziąć się w garść, za co Was przepraszam, bo to nigdy dobrze się nie kończy. Ok, już mogę. Tak, na kilka minut odeszłam, żeby włączyć inną piosenkę. Ja wiem, że mnie nienawidzicie, nie musicie tego mówić. Ale teraz... O Boże! Nie, nie ważne. Dokończę - Ale teraz już na poważnie przechodzę do rozdziału, który bardzo mi się spodobał z powodu postanowienia Sophie.
    Ale przed tym - Motley Crue. Powoli umierają, wypalają się. Nie jako muzycy, jako przyjaciele. Tego pomiędzy nimi już nie ma, tego, co powinno być, aby stworzyć porządny zespół. Taki prawdziwy, stworzony tylko i wyłącznie dla muzyki, nie dla pieniędzy. Ha, jeśli dla muzyki to, co ma z tym wspólnego przyjaźń... Nie, ja się zamieniam w dyrektora uczącego mnie historii. Ludzie, ratujcie. Ale przyjaźń ma właśnie wiele z tym wspólnego, bo po prostu trzeba być jakoś związanym z osobami, z którymi się tworzy tą muzykę, a Motley Crue... Oni już nie są ze sobą związani. Wyniszczyły ich narkotyki. I kobiety. Najpierw kobiety. I tych kobiet już nie ma, i Sophie, i Michelle. One od nich odeszły i wątpię, aby wróciły. Chyba te związki, które kiedyś zaistniały nie mają już prawa bytu, prawda?
    Lecz teraz przejdę do innego tematu, którym jest ucieczka Sophie. Kiedy czytałam to wczoraj w nocy, mój mózg się wyłączył i byłam pewna, że to do Michelle dzwoniła, jednak teraz, gdy mózg zaczął pracować ja nie wiem. Pracuje, ale nie wiem, zabawne. Zapaliła mi się taka lampeczka z napisem 'Robert', ale czy to możliwe? Czy możliwe jest to, że Sophie zadzwoniła do niego, a nie do najlepszej przyjaciółki, jeśli jeszcze taką posiada? Nie wiem, co mam o tym myśleć. I ciągle myślę. A mi to słabo wychodzi, jeśli mam być szczera. Zawsze słabo wychodzi. Próbowałam się nawet doszukać końcówek w niektórych słowach, ale nic. Zero. Jedyne czego jestem pewna po tym rozdziale to, to że Soph dobrze postąpiła uciekając od Nikki'ego, od nałogu... Zostawiła go samego, ale jak dla mnie Sixx jest skreślony. Tak jak Motley Crue, chyba że zrobią coś ze sobą. Wezmą się w garść i sprawią, aby ich przyjaźń powróciła. A przez to wszystko? Przez narkotyki.
    Teraz już muszę iść, ale przecież będziemy się jeszcze widzieć. Tylko kiedy? Kiedy następny rozdział? Oby szybciej niż ten... Cóż, życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  4. super jestescie, tylko jestem ciekawa co ktora z was pisze, w sensie co pisze Olivia, a co Sophie, mozna to jakos odroznic? pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurwa, mnie tak bardzo doprowadzają do szału pewne rzeczy. Im więcej czytam rozdziałów, cudzych i Waszych, tym bardziej widzę te wszystkie scenariusze. Przelatują mi przez głowę obrazy z najróżniejszych biografii, historii, które kiedyś i gdzieś zostały opowiedziane przez ludzi, których podziwiamy, przez tych, dzięki którym powstają nasze teksty. Czasami chce mi się płakać, bo najdzie mnie denna myśl, że to wszystko jest takie nierealne. Kurwa, nie. Nieprawda. Te wszystkie historie i spotkania są realne, to wszystko mogło się zdarzyć. I to jest takie niesamowite, zawsze uderza mnie istotny fakt, dla mnie ważny. Gitarzysta pierwszego takiego zespołu w historii zakochał się w kobiecie w latach siedemdziesiątych i są razem do tej pory, miłość od pierwszego wejrzenia, piękne córki... Nikt nie wmówi, że nasze twory są nierealne, bo coś tam. O nie, trzeba znać swe racje, Kochane, nie wiem, po co o tym napisałam...
    Nie mogę już o nich czytać. Rozwydrzeni chłopcy, którzy już sami nie wiedzą, czego chcą. Puszą się i pindrzą, podczas gdy lecą nieuchronnie w dół, w zasadzie bym chciała, by się roztrzaskali w proch i w pył. Zrozumieli swoje wszelkie błędy. Najmniej irytuje mnie Mick, mam wrażenie, że on jako jedyny jest jak najbardziej pogodzony z myślą, że umierają jako grupa, ale nie robi z tym nic, bo wie, że z takimi ''znajomymi'' to nie ma najmniejszego sensu. Czego świetnym przykładem jest Nikki. Mam go dość, wepchałabym mu w gardło prochy razem z workami, tak już nie można. Z nim się nie da. Trochę za bardzo chyba poczuł w sobie bożka. Zdecydowanie przekroczył pewne granice, za bardzo zakochał się w tych dragach i co z tego wychodzi? Nic dobrego. On ma wrażenie, że stoi na szczycie, ale kiedy zobaczyłam go w trakcie tej drastycznej akcji z Sophie, moja wiara już kompletnie zdechła. Tak jak on powinien, za przeproszeniem.
    Jestem wdzięczna Sophie za to, co zrobiła. Zdobyła się na ten telefon, chociaż wiem, że pewnie kosztowało to sporo zarówno ją, jak i jej rozmówczynię. Nie wiem tylko, jak do tego doszło. Przecież...och. Tutaj zaczyna się to, co już powiedziałam na początku. Kocham finał tego rozdziału, ja na to czekałam już od dawana. Kilka miesięcy, haha. Kiedy z taką czułością słyszałam w głowie ''moja Sophie'', chciałam płakać, och, gdyby tylko ktoś powiedział tak ''moja...''...nie, znów to robię.
    Czytałam ten rozdział w galerii, mam nadzieję, że nic mi nie umknęło. Jestem już spokojna, ale to tylko dzięki końcowym zdarzeniom. Nie chciałabym, by to nagle znów uległo zmianie. Jest tak jak być powinno.
    Dziękuję, Kochane, pozdrawiam i czekam ♥

    OdpowiedzUsuń